ot, o codziennych zmaganiach z ciężkim życiem :->
niedziela, 23 stycznia 2011
Szczypta samokrytyki
Odezwał się dziś do mnie Elf. Nie widziałam go już kupę lat, chyba ostatnio jakieś 4 lata temu. Zawsze było między nami chemiczne napięcie, acz nigdy go nie skanalizowaliśmy. Ciekawe dlaczego... 4 lata temu akurat byłam jeszcze wolna. Tak dziś pogadaliśmy i tak jakoś nam wyszło, że najwyższa pora znów się spotkać. Pewnie go nawiedzę podczas urlopu w rodzinnym mieście. Wahamy się między piwem a dziką kolacją ze śniadaniem. Pożyjemy, zobaczymy - ale stanowczo stwierdzam, że bycie singlem na sporo plusów :).
A propos plusów, obawiam się, że jestem niereformowalna. I już sama tracę do siebie cierpliwość. Zamiast dać sobie siana, zrobić w końcu tę psychohigieniczną przerwę od facetów, ja znów pakuję się w kłopoty. I mianem kłopotów nie określam flirtu z Elfem. Ba, nawet bzykania z Elfem bym tak nie nazwała. Choć seksowny, nie stanowi zagrożenia, jako zdeklarowany singiel. Zamiast poprzestać na rozrywkach, ja zaczynam się emocjonalnie angażować w toksycznego palanta, którego tu nazwę Mikołajem. Zawsze powtarzałam, że przyroda nie lubi próżni, ale teraz to już przegięłam... No nic, czuję w kościach, że Mikołaj sam odpuści i nie będę musiała zbierać się po kolejnej pomyłce. W zasadzie już chyba odpuścił. Trochę tylko moje Ego zaniepokojone posykuje z irytacją. Wal się na ryj, Ego, nie masz większych problemów?
To taka szczypta samokrytyki.
wtorek, 14 grudnia 2010
Patriarchalna geneza głupich złudzeń
Dzisiaj boli jak diabli. Nie nerka albo co to tam było. Serce, dusza i umysł. Wyć mi się chce, a nie ma kiedy się naprawdę wypłakać. Jakoś przy ludziach czuję się zobligowana do zachowywania spokoju. Więc dusza mi wyje, a na twarzy pogodny wyraz. A nawet czasem uśmiech. Co ciekawe i zaskakujące, widzę teraz, kto mi się uważnie przygląda albo też kto ma zmysł obserwacji. Dziś usłyszałam od kogoś, że chyba mnie choroba łapie. Ano, złapało...
Gdybym miała zdobyć się na racjonalne myślenie, powiedziałabym, że boli mnie poniżenie i poczucie zawodu. Chyba jeszcze jak żyję nigdy nie byłam tak zawiedziona. Nie znałam człowieka. Byłam z nim ponad 3 lata i w ogóle go nie znałam. Nie wiedziałam, że jest małostkowy. I nie spodziewałam się, że będzie ze mną ze względu na kasę. Wychowana jednak jakby nie było w ustroju patriarchalnym, nawet bym o takiej opcji nie pomyślała. A tu proszę, dziad postępowy, emancypację kobiet spostrzegł i wykorzystał. Ergo, niestety wykorzystał mnie. Co w ostatecznym rozliczeniu boli najbardziej. Kryzys dnia trzynastego na całego, szlag by to...
poniedziałek, 13 grudnia 2010
A dwunastego dnia kupiła magnez
Dzień 12. Psychosomatyzuję z rozmachem, nawet pani doktor się przejęła. Na skierowaniu na badania mam wypisane CITO i PILNE z wykrzyknikami. Czyżby coś nie teges? Hmmm... o dziwo, przejęcie doktorki podziałało na mnie pozytywnie. Hipochondria, jak w pysk strzelił...
Za to naraziłam się szefowej. No, nie błysnęłam talentem tak jak w dziedzinie psychosomatyki. Ba, przeciwnie, wykazałam się tym, czego sama nie trawię: krótkowzrocznością. Więcej - klapkami na oczach. Kobieta potrafi pokazać swoje niezadowolenie w sposób, który na mur beton ugruntowuje u mnie coś na kształt poczucia winy. Cóż, nie jej wina, tendencję do samobiczowania się wyssałam z mlekiem matki.
Z innej beczki: wgłębiam się w duszę własną. Wwiercam i zaglądam. I cholera, nic nie widzę. Schowała się gadzina, chyba też ma dość stresów. Kupiłam jej magnez, podobno dobrze działa na depresję. Jeszcze lepiej podziała na nią trwałe oddalenie od Narcyza - już niedługo.
niedziela, 12 grudnia 2010
Psychosomatyzuję
Dzień 11. Pełnoobjawowa depresja. Częściowo pogłębiona przez fakt, że
coś mnie diabelnie boli. Nerka? Mam nadzieję, że to tylko
psychosomatyczny objaw stresu i przejdzie w niebyt jak się odprężę,
zamiast przejść w stan chorobowy. Ból fizyczny jest ciężki do
zniesienia, już chyba lepiej radzę sobie z psychicznym. Nad stanem ducha
mam większe poczucie kontroli niż nad własnym ciałem, które czasem wymyka mi się spod kontroli.
sobota, 11 grudnia 2010
Journal of free woman - day 1
Ok, maybe it is not day one really. If
I wanted to be honest, I would have to say it is the day 9. Because 9
days have passed since the soap opera between Daffodil and me have
come to past.
Silly me, I though I was being humane,
supportive, caring and good when putting off with this whole
Duffodile's shite. I was unhappy, but unwilling to make him miserable
too. And all along there he was – unmotivated to even teeny tiny
effort to make it better between us. Unwilling to change. Refraining
from understanding me. And putting up with me because I was bringing
money home.
Well, I hope someone will do the same
to him one day. I also wish he gets something nasty and itchy, and
will spend next months scrathing his balls. Or whatever.
I know that eventually I will put my
life back from the pieces he crashed it into. I will emerge stronger,
more confident and knowing what is good for me. I only hope I have
learnt my lesson well – and will refrain from repeating it.
Lesson number 1: stop before it gets
nasty. I should have never let it all go so far – and my gut
feeling was telling me exactly this for the last 2.5 years. It took me so
long to lose all hope and call it a day. And this time he did not
say „let's try to work it out”...
Coming back to the topic of day 9...
It's been busy. Very satisfying at work, especially with the visit of
one of our main customers finishing successfully. Oh yes, he and my
team have truly bonded and I was the one to make it happen. As my
mentor said, I have a good chance of put years of historical baggage
and age/cultural differences back to the closet and open a new era in
international affairs. Well, I won't say 'no' to that.
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Whining again
A little update: when I turn my head left, I no longer see the empty frame which supposed to contain a picture of Daffodil and me. Why? Because there is no frame at all. Taily creatures casted it from the drawer a few times and it got broken. Well, one could say that it should have dealt with the negative energy bit, shouldn't it? Wrong. Negative energy is all around me.
Daffodil is out of job. Since December. Freaking six months of looking for a job - without success. My salary is not enough to cover all expenses, so each month I draw from my savings. Daffodil has no such thing, of course. You know what was the first thing he did when he learnt that is was fired? He spent 2k on a car shite. He did not change his lifestyle much since then. Well, after a few fights he started to clean the apartment - sometimes. But last month I had to cover his debt - 1k. From my savings, of course. Grrrr...
I do not trust him. Throughout last six months he gave me no reason to trust him. Instead, he showed quite clearly that I cannot depend on him. That if I do not look after myself - and the household, and taily creatures - nobody will. I would be able to look after myself very well - if not for Daffodil. Why can't I just walk away? I am fed up of learning about new debts. About him going out to fix his car - again. About him driving around - and asking for money to buy petrol. My salary would be enough for me, taily ones, mortgage and even one reasonable man. But not for Daffodil.
Situation calls for improvement - badly. Because as it is now, it is unbearable. It's hard to live with someone you dispise. Now, more than ever before, I have nothing to say to him. And he does not have anything to say to me. We would be better off separately. But can I leave someone without a job?
sobota, 24 października 2009
Feng Shuizm
What can one do in such a gloomy day like this..? Especially when your supposedly 'love' one is out somewhere doing his stuff, eventhough it is Saturday and you have already made it clear several times that on weekends his presence at your side it more than welcomed. And recommended. And, god damn it, expected. Well...? I've been reading the whole morning. 'Angels' by Marion Keyes, what else. You know... After reading those books I come to a conclusion, inevitable one it is: good guys always dye. Those really good, decent, always faithful and loving ones. The living ones are at least making mistakes such as sleeping with your friend or doing other creepy things that guys do. That is probably why in the real live there are no Mr. Perfects - they would not survive. And obviously even fiction writers realize that creating an ideal man in their books and letting him live would be too much. 'Cause books need to be at least merely credible. Feasible. Otherwise it would be science-fiction or fantasy.
Another conclusion, but not a new one, is that I met only one really good man in my life. Good, mind you, not perfect at all. But a decent chap. And I just could not be happy with him. A divorce was one of the best decisions I have ever made. But what does it say about me if I cannot be happy with a good guy? Since Count and I called it a day, I am meeting all the wrong guys. I do not have to be fortune teller to know that. By the way, the forture teller has already told me that there is no chance for me and Daffodil. She said he is far too narcissistic and too greater egoist to truly care about me. Mind you, I did not need her tell me that, it is as obvious as strechmarks on my ass. If a guy cannot remember the date of your birthday, does not care to give you even small presents and keeps draining money from you pocket then girl, you are in deep shite.
And it does make me think, honestly. You know what I see right now, when I turn my head left? An empty frame. Bought to contain a picture of us. But we are more than two years together and we have only two pictures. And none of us seems to be keen enough to go and make a hardcopy of any of them. Think Feng Shui - empty picture frame is bad energy. And when I look around I see even more of that bad energy. Makes me want to cry actually, so bad it is.
I wonder what would it be if we finally got the picture. Put it in the frame. Kept the apartment tidy. And maybe even started talking to each other. Would it change the bad energy?
czwartek, 08 października 2009
Trudny
Piękną mamy jesień tego roku. Jak rzadko. Jeszcze dziś słonecznie i ciepło. Zupełnie nie pora na to, żeby się dołować i użalać nad sobą. Tylko jakoś tak rzeczywistość, niepomna cudnej pogody, dostarcza mi powodów, żeby zwieszać nos na kwintę. I tak sobie myślę, ile argumentów jest mi potrzebnych, żeby kopnąć Narcyza w dupę. Mocno. I najlepiej permanentnie. Czy mężczyzna, którego kochasz boi się zobowiązań? Ukrywa swoje prawdziwe uczucia? Ignoruje twoje potrzeby? Rani twoje uczucia? Przestał być namiętnym kochankiem (równie dobrze mogłabyś być jego matką)? Jest bierny lub nadmiernie cię kontroluje? Rzadko ci mówi, że cię kocha? To wstęp do "Jak kochać trudnego mężczyznę". I pod każdym zdaniem mogę się podpisać...
Świat na Bridget Jones się nie kończy
Wzięło mnie ostatnio na czytanie książek, które można by chyba zakwalifikować do kategorii miks obyczajowych z komediami romantycznymi. Taka na przykład Marian Keyes czy Lisa Jewell albo Lauren Weisberger, których bohaterki mogą stanąć w jednym szeregu z Brydzią Jones. Fajnie się to czyta, przyznaję, lekko, łatwo i przyjemnie. I w oczy kłuje różnica mentalności autorek amerykańskich i europejskich (tu głownie angielskich i irlandzkich).
Primo po pierwsze: w amerykańskich książkach główka bohaterka zawsze ma krąg przyjaciółek, nie wiedzieć dlaczego zawsze dwóch bliskich plus jednej lub dwóch nieco dalszych. Do owego kręgu przyjaciółek często podłączony jest jeszcze przyjaciel gej. Cała czwórka - główna heroina romansu, dwie atrakcyjne (musowo) przyjaciółki i przyjaciel-gej - borykają się z problemami damsko(męsko)-męskimi. I wychodzi im, ze gros facetów to popaprańcy. Ale oczywiście próbują dalej. Acha, i często chodzą na drinki. Doprawdy, nie wiem jakim cudem unikają alkoholizmu. Pewnie autorkom nie przyszło takie zagrożenie do głowy.
Autorki angielskie nie mają tak wyraźnej tendencji do obdarzania swoich bohaterek politycznie poprawnym gronem przyjaciół, za to mają ewidentną słabość do "room mates'ów", czyli współlokatorów. Wybitnie często jest to dwóch facetów mieszkających razem, w których życiu pojawia się nagle kobieta. Niezależnie od tego, czy się do nich wprowadza czy nie, zmienia ich relacje szybko i czasem diametralnie.
Mamuśki - te pojawiają się w wszędzie. Taka choćby matka Bidget Jones. Marian Keyes (Irlandka) też często kreuje wyraźne, charakterne postacie matek, które strasznie chcą kierować życiem córek. I zawsze są diabelnie nietypowe. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby jakakolwiek znana mi kobieta w wieku lat 50-paru pakowała się z lornetką w krzaki zastępując córkę, pracującą jako prywatny detektyw...
Ta Zła - kolejna postać pojawiająca się prawie zawsze. W końcu baba babie wilkiem, więc czarny charakter płci pięknej musi być. Rzecz jasna, na końcu przegrywa z kretesem. Czasem zostając z grubym i nieatrakcyjnym partnerem, którego nikt nie chciał.
Tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy każda z tych książek opiera się na jednym szablonie. I każda żeruje na jednym ludzkim popędzie: kochać i być kochanym. A że miło się czyta... No cóż, o to przecież chodzi, nieprawdaż?
wtorek, 03 marca 2009
Adaptacja
Zrobiłam dziś porządek w biżuterii... Szumna to nazwa ta "biżuteria", ale niech będzie. Pozbierałam mienie z różnych pudełek i ułożyłam je w dużej puszce po Jacku Danielsie. Jacka lubię, zwłaszcza z colą, więc sprawiedliwość mu oddałam, a co. Jemu albo i puszce, bo fajna. Wprawdzie na jaw wyszło, że wcale tak dużo tych błyskotek nie mam, ale i tak humor mi to rzetelnie poprawiło. Stanowiąc przeciwwagę dla niezadowolenia, które wewnętrznie odczuwam. Z samej siebie, tym razem. W związku z faktem, że od jakichś dwóch tygodni porzuciłam dyscyplinę pokarmową, co raz dwa da się odczuć w postaci portek pijących w pasie. Wrrrrr. No i teraz pocieszam się, że choć ukochanych dżinsów lada dzień na siebie nie wcisnę, to przynajmniej obwieszona będę niczym choinka. Krąglutka taka.
Właśnie wlazła na mnie Greta i mruczy. Sympatyczne stworzonko. Nie wiem co bym zrobiła bez moich ogonów, serio. Przy systemie życia rodzinnego pt. "Ja nie odrywam cię od garów, ty nie odrywaj mnie od garażu" gdyby nie ogony to pewnie po jakimś czasie zapomniałabym ludzkiego języka w gębie.
A z drugiej strony po co mi język, hę? I tak używam go do gadania o samochodach. Ukochany temat Narcyzia. Fajnie, że mam w tym temacie co nieco do powiedzenia - ale ile można? Kobietą jestem, nie? No jestem. A kobieta czasem może chcieć o czym innym porozmawiać, nie? Ano może. I czy ja wymagam cudów typu czułości, szmary bajery, kocham Cie, fiu bździu, trele morele? E, nie. Gwiazdki z nieba wymagać nie będę. Ale sama szok przeżyłam, zdawszy sobie sprawę z tego, że cieszy mnie zmiana głównego tematu z samochodów na glany. To sie nazywa adaptacja...
|
Zakładki:
Inne światy
Nastrojownik
Szablon
|